Toksyczne opcje wróciły

Włochy tworzą fundusz wsparcia dla instytucji finansowych. W Grecji trwa ocena pakietu reform. W Polsce wciąż deflacja, już niemal 1%. Na rynku znów pojawiły się opcje walutowe, 2008 rok nie nauczył nas wiele.

Osiatyński, RPP: Obecnie najbezpieczniej jest utrzymywać stopy NBP bez zmian

Warto obserwować czynniki, które mogłyby skłaniać RPP do zmiany jej nastawienia na bardziej restrykcyjne, choć byłoby lepiej, gdyby Rada stóp podnosić nie musiała. W najbliższym czasie najbezpieczniej jest utrzymywać stopy procentowe bez zmian – ocenił w wywiadzie dla PAP Jerzy Osiatyński z Rady Polityki Pieniężnej. 

„Z punktu widzenia kryteriów, które musimy brać pod uwagę kształtując politykę pieniężną, podstawowe znaczenie ma to, jaka jest dynamika kosztów płac w relacji do dynamiki wydajności pracy. Jednostkowy koszt pracy jest bowiem głównym elementem kosztów zmiennych, na który pośrednio polityka pieniężna może wpływać. Jednak szczęśliwie od tej strony od dłuższego czasu żadnego nacisku na koszty i ceny nie widać. Mamy nadal niepełne wykorzystanie zdolności wytwórczych. Co nie znaczy, że za kilka kwartałów nie będziemy się zbliżać do takiego poziomu zatrudnienia, przy którym pojawi się pewien nacisk inflacyjny od strony płac” – powiedział PAP Osiatyński.

„Mamy kilkukwartalne opóźnienie pomiędzy decyzją RPP, a jej efektami. Zważywszy na to oraz na stałą poprawę w zakresie stopy zatrudnienia, zastanawiam się czy nie jest to pora, aby pomyśleć nad zmianą naszego nastawienia w polityce pieniężnej i wobec tego nad zmianą informacji, którą przekazujemy rynkom” – dodał.

„Nie chodzi o to, aby Rada już w najbliższych miesiącach miała zdecydować o podniesieniu stóp, ale o to, czy nie powinniśmy pilniej obserwować barometry, których odczyty mogą nas z dostatecznym wyprzedzeniem skłaniać do takiego ruchu. Albo też – ku czemu bym się przychylał – aby szukać takich rozwiązań w innych obszarach polityki gospodarczej, które skutecznie hamowałyby inflacyjny nacisk płac na ceny, bez konieczności wzmacniania ich instrumentami polityki pieniężnej” – powiedział Osiatyński.

DZIAŁANIE WYPRZEDZAJĄCE I ROLA POROZUMIEŃ TRÓJSTRONNYCH

Osiatyński zaznaczył, że najlepsze byłoby działanie wyprzedzające, tak aby RPP nie musiała podnosić stóp procentowych.

„To działanie wyprzedzające wychodzi poza mandat NBP. Niemniej jednak trzeba pamiętać, że dla utrzymywania w ryzach inflacji znacznie skuteczniejsze niż ruchy po stronie stóp procentowych mogą być np. ustalenia Rady Dialogu Społecznego” – powiedział.

„Jak wielokrotnie i od lat wskazuję, walka z inflacją w Niemczech, w Austrii, w krajach skandynawskich czy w wielu innych, prowadzona była nie przez recesyjne oddziaływania podwyżek stóp procentowych, ale przez trójstronne porozumienia co do dynamiki płac w relacji do dynamiki wydajności pracy. Te porozumienia nie tylko były bardziej skuteczne, ale też długo nie prowadziły do narastania silnych konfliktów społecznych i utraty społecznej spójności, skądinąd warunkującej powodzenie jakiegokolwiek programu głębokich reform gospodarczych i społecznych. Jeżeli to obecnie w Polsce zadziała, podwyżki stóp – nawet przy wykorzystaniu czynników produkcji bliskim potencjalnemu – okażą się niepotrzebne. A jeśli nie, to może się okazać, że za niedługi czas będziemy pod pewnym ciśnieniem” – dodał.

Członek RPP wskazał, że stopy procentowe to narzędzie, którego działanie jest takie samo na obszarze całego kraju.

„Jeżeli w wielkich aglomeracjach nie ma bezrobocia, mamy dobre wykorzystanie zdolności wytwórczych i jest zagrożenie presją inflacyjną od strony jednostkowych kosztów pracy, to jednocześnie w innych regionach kraju, o wysokich stopach bezrobocia, polityka ograniczania aktywności gospodarczej przez wzrost stóp procentowych będzie niepotrzebna i zarazem niebezpieczna. Nie możemy jednak różnicować stóp procentowych regionalnie, podczas gdy te różnice mogą być w jakimś stopniu uwzględniane w ramach porozumień trójstronnych. To pokazuje jak bardzo polityka pieniężna, którą prowadzimy, musi uwzględniać równocześnie efekty polityki fiskalnej i polityki strukturalnej prowadzonej przez rząd” – powiedział.

„Moim zmartwieniem nie jest to, aby na czas podnosić stopy, ale żeby wyłapywać te czynniki, które mogą takich podwyżek wymagać i je neutralizować, aby stóp nie trzeba było podnosić. Gdyby się okazało, że ustalenia Rady Dialogu Społecznego czy też inne instrumenty oddziaływania na dynamikę płac w relacji do dynamiki PKB będą skuteczne, to wtedy – ceteris paribus – byłby to czynnik skłaniający mnie do redukcji stóp procentowych. Pod warunkiem jednak, że takie obniżki nie miałyby negatywnego wpływu na stabilność systemu finansowego. Gdyby się miało okazać, że tej stabilności nie zagrażają i że mamy narzędzie w postaci porozumień trójstronnych, wtedy chętnie opowiadałbym się za obniżeniem stóp procentowych. Ale stabilność systemu finansowego to odrębny problem, które znacznie wychodzi poza mandat samej tylko RPP czy banku centralnego” – dodał.

PRZESTRZEŃ DLA OBNIŻEK STÓP PROCENTOWYCH

Członek RPP zwrócił uwagę, że dość powszechnie wyrażane są opinie, że istnieje przestrzeń do obniżenia stopy procentowej w Polsce.

„Rzeczywiście z pewnego punktu widzenia taka przestrzeń istnieje, choćby zważywszy na niepokojąco długo utrzymującą się deflację, która ostatnio pokazuje się także we wskaźnikach inflacji bazowej, tj. oczyszczonej m. in. z wpływu zmian cen paliw, surowców i płodów rolnych. Dlaczego jednak, moim zdaniem, obecnie nie należy iść w tym kierunku? Celem redukcji stóp miałoby być pobudzenie gospodarki dzięki potanieniu kredytu. Czy stopa wzrostu gospodarczego w Polsce może być większa niż obecnie? Tak, może. Czy brak płynności finansowej sektora przedsiębiorstw jest istotnym czynnikiem ograniczającym decyzje inwestycyjne sektora prywatnego, które miałyby to przyspieszenie wzrostu zapewnić? Nie, nie jest” – powiedział.

„Głównym czynnikiem ograniczającym decyzje inwestycyjne prywatnych przedsiębiorców jest niepewność. W gruncie rzeczy, nawet uwzględniając opóźnienia pomiędzy naszą ostatnią decyzją o obniżce stóp procentowych a zmianami w dynamice inwestycji prywatnych, niewiele wskazuje, że ta redukcja stóp okazała się bardzo skuteczna dla pobudzenia tych inwestycji” – dodał.

DYSPARYTET STÓP

Osiatyński zwrócił uwagę na problem, czy różnica pomiędzy polskimi stopami procentowymi a ich poziomem w Europie, gdzie niektóre kraje wkraczają w obszar ujemnych stóp oraz w sytuacji zwiększonego luzowania ilościowego, nie będzie prowadziła do napływu kapitału do Polski powodując umocnienie złotego.

„Rzeczywiście się tego obawiałem. Upłynęło jednak już dostatecznie wiele czasu, mamy pierwsze dostatecznie wiarygodne wyniki statystyczne i szczęśliwie okazuje się, że ta dodatkowa płynność sektora finansowego w obszarze euro i w Stanach Zjednoczonych była parkowana nie w polskich instrumentach dłużnych. Co więcej, okazuje się, że w ramach luzowania ilościowego furtek do wychodzenia z tą płynnością na rynki trzecie nie ma bynajmniej tak wiele, jak początkowo sądziliśmy” – powiedział.

„Jak się również wydaje, odbiór przez rynki finansowe zmian o charakterze politycznym w naszym kraju, raczej nie działa zachęcająco do parkowania pieniędzy w Polsce” – dodał.

„Może to wynikać także z tego, że dla tych dużych graczy nie ma Polski jako odrębnego rynku, są tylko +emerging markets+, które obecnie przechodzą różne trudności, na których mogą się dziać jeszcze bardzo różne rzeczy, obciążonych wieloma ryzykami, więc tam się obecnie o wiele mniej chętnie inwestuje” – powiedział Osiatyński.

DEFLACJA NIE WYWOŁUJE W POLSCE „PODRĘCZNIKOWYCH REAKCJI”

Członek RPP podkreślił, że przedłużająca się deflacja w Polsce może niepokoić.

„Jej przyczyny leżą jednak poza kontrolą polityki pieniężnej i polityki fiskalnej. Jest ona generowana przez utrzymujące się, depresyjne zmiany cen paliw. Ich chwilowe powstrzymanie, jak się okazuje, było okupione przyrostem zapasów, co znaczy, że ta presja zniżkowa będzie się utrzymywała” – powiedział.

„To oczywiście wpływa na tendencję deflacyjną, jeśli chodzi o ceny artykułów przemysłowych i przez to okres występowania deflacji w Polsce się wydłuża. To będą zaraz dwa lata” – dodał.

„Szczęśliwie nie wywołuje to podręcznikowych reakcji na ogół przypisywanych deflacji. To znaczy powstrzymywania się od zakupów dóbr trwałego użytku” – powiedział Osiatyński.

Wskazał, że dodatkowym czynnikiem, który przyczynił się do spadku wskaźnika CPI był spadek cen płodów rolnych.

„Ani na jedno, ani na drugie polityka pieniężna nie ma wielkiego wpływu” – powiedział.

INFLACJA BAZOWA

Członek RPP zaznaczył, że nowym elementem dla RPP jest ujemny wskaźnik inflacji bazowej. Co więcej, przyczyny tego trudno dobrze wyjaśnić.

„Ten wskaźnik był jednak zwykle nieco dodatni. Zważywszy na dynamikę dochodów gospodarstw domowych, dynamikę sprzedaży detalicznej i inne wskaźniki, a także biorąc pod uwagę odpowiednie relacje tych wskaźników w krajach o podobnym poziomie zamożności, ile razy występowało przejściowe osłabienie dynamiki inflacji bazowej, tyle razy nie umieliśmy dobrze wyjaśnić szczególnie silnego w Polsce spadku cen w dwóch grupach towarowych” – powiedział.

„Być może ceny w tych dwóch grupach towarów szczególnie silnie podążają za modą, wskutek czego wysokim cenom produktów dopiero wprowadzanych na rynek w odstępie ledwie kilku miesięcy towarzyszą silne przeceny, i być może ten efekt nie jest dostatecznie dobrze wyłapywany w zmianach koszyka dóbr reprezentantów. Instytut Ekonomiczny NBP wyjaśnia te zależności, ale Rada zamierza zwrócić się w tej sprawie także do GUS” – dodał.

OSTROŻNA PROJEKCJA NBP W ZAKRESIE PKB

Osiatyński uważa, że przedstawiona w marcu projekcja NBP dotycząca wzrostu PKB może być zbyt ostrożna.

Zgodnie z centralną ścieżką marcowej projekcji wzrost PKB w 2016 roku ma wynieść 3,8 proc., w 2017 r. także ma to być 3,8 proc., a w 2018 r. 3,4 proc. W I kwartale 2016 r. eksperci z IE NBP spodziewają się wzrostu PKB o 3,6 proc., a w II-IV kwartale po 3,8 proc.

„Mamy do czynienia ze wzrostem funduszu wynagrodzeń gospodarstw domowych, który wynika ze wzrostu płac i zatrudnienia. Jest wzrost sprzedaży detalicznej. I mamy dobrą dynamikę eksportu, mimo słabej, niestabilnej koniunktury u naszych głównych partnerów eksportowych” – powiedział Osiatyński.

„Do tego trzeba dodać mnożnikowe efekty ekspansji fiskalnej w tym i zapewne w przyszłym roku – mam tu na myśli przede wszystkim program 500 plus w takim stopniu, w jakim będzie się wiązał z dodatkowymi wydatkami na opiekę społeczną, nie będzie finansowany przez zmniejszenie innych wydatków na świadczenia społeczne. Jeżeli ta ekspansja okaże się trwała, to w miarę wzrostu konsumpcji i poprawy stopnia wykorzystania aparatu wytwórczego w gałęziach wytwarzających dobra konsumpcyjne, będzie to czynnik stymulujący prywatne inwestycje w tych gałęziach, a dalej w całej gospodarce” – dodał.

Zaznaczył, że prawdopodobnie od połowy 2017 r. pojawi się też dodatkowy popyt związany z uruchomieniem środków z nowej perspektywy finansowej Unii Europejskiej.

„Te trzy czynniki od strony popytowej: rosnące spożycie wewnętrzne gospodarstw domowych związane ze wzrostem zatrudnienia i wzrostem płac, niezła dynamika eksportu oraz to, co może wyniknąć z programu 500 plus – sprawiają, że nasze prognozy rewidujemy w górę. Ze zrozumiałych powodów ta rewizja NBP jest dość ostrożna, konserwatywna. Osobiście nie zdziwiłbym się, gdyby w kolejnych kwartałach wzrost PKB okazał się o 0,2-0,3 pkt proc. wyższy od przewidywań NBP, a przy tym przy braku presji inflacyjnej” – powiedział członek RPP.

NBP A PROBLEM KREDYTÓW WALUTOWYCH

„Kwestia kredytów walutowych związana jest niewątpliwie z pewnymi nieprawidłowościami, które wystąpiły po stronie banków, jeśli chodzi o spłatę kolejnych rat tych kredytów, o dość arbitralnie wyznaczane przez banki kursy przewalutowania wnoszonych w złotych spłat odsetek i rat kredytu na waluty obce, i to niewątpliwie wymaga rozwiązania. Wydaje się jednak, że jeśli chodzi o koszty tego rozwiązania, które będą musiały być poniesione przez banki, to z punktu widzenia obowiązujących standardów rachunkowości, tych kosztów nie można rozłożyć w czasie” – powiedział Osiatyński.

„Są to międzynarodowe standardy rachunkowości i zgodnie z tymi standardami po uchwaleniu stosownej ustawy banki będą musiały od razu i w całości te rekompensaty zaliczyć w koszty” – dodał.

„Jeśli pojawiają się pomysły dotyczące zaangażowania NBP w pomoc przy restrukturyzacji kredytów walutowych, to leży to w moim przekonaniu poza mandatem NBP. Co innego, jeżeli chodzi o płynność poszczególnych banków – tu nie ma żadnego problemu. Obowiązkiem NBP jest dostarczanie płynności pod zastaw wiarygodnych aktywów każdemu bankowi, który tej płynności potrzebuje. Ale co innego płynność, a co innego kapitał. Kapitału dostarczać nie możemy” – powiedział członek RPP.

W jego opinii węgierski przykład rozwiązania problemu jest zupełnie nieporównywalny z tym, co jest potrzebne w Polsce.

„Tam udział kredytów walutowych był znacznie większy. Proporcja nieobsługiwanych kredytów w bankach węgierskich była nieproporcjonalnie większa niż w Polsce. Były olbrzymie różnice w stopach. Kurs przewalutowania był tak +zorkiestrowany+, że nie wyrządzał bankom komercyjnym wielkiej krzywdy, ale jednocześnie kosztował znaczną utratę rezerw walutowych banku Węgier” – powiedział.

STABILNOŚĆ SEKTORA FINANSOWEGO

Osiatyński zwrócił uwagę, że RPP odpowiada także za stabilność sektora finansowego.

„Na sektor finansowy nałożono dodatkowy podatek i nie wiemy, jakie będą reakcje banków związane z tym obciążeniem. Nie są znane obciążenia z tytułu restrukturyzacji kredytów walutowych ani nie wiemy, jak zostanie rozwiązana ta kwestia. Obniżki stóp procentowych z reguły będą prowadzić do obniżenia rentowności sektora bankowego. Wszystko to może oznaczać poważne kłopoty dla zachowania dzisiaj stale jeszcze bardzo dobrej stabilności sektora bankowego i sektora finansowego ogółem” – powiedział.

Członek RPP podkreślił, że sektor ten nie składa się wyłącznie z kilkunastu silnych banków komercyjnych.

„Z tej ogólnej, bardzo dobrej oceny nie wynika jednak, że nie ma w sektorze bankowym niewielkich enklaw, gdzie sytuacja jest trudna i może być jeszcze trudniejsza. Obniżka stóp mogłaby sytuację tych banków jeszcze bardziej skomplikować. Tymczasem naturalny proces łączenia w ramach programów naprawczych banków słabych z silnymi, od chwili wprowadzenia opodatkowania aktywów banków będzie napotykał dodatkowe trudności, gdyż bank przejmujący będzie obciążony dodatkowym podatkiem od przejętych aktywów. Dlaczego więc miałby wchodzić w proces restrukturyzacji?” – powiedział Osiatyński.

„Są to przyczyny, w obliczu których wydaje mi się, że w tej chwili najbezpieczniejszą polityką jest utrzymywanie stóp na obecnym poziomie. Wait and see. I jednak z większym uwrażliwieniem na to, co w ciągu 3-4 kwartałów od dziś może się dziać, jeśli chodzi o jednostkowe koszty zmienne i płynący z tej strony nacisk inflacyjny” – dodał.

W opinii Osiatyńskiego warunkiem krytycznym dla zachowania stabilności systemu finansowego w Polsce jest kwestia utrzymania niezależności głównych decydentów.

„Tak, żeby nie było sytuacji, w której nadzór będzie w cudzysłowie elastycznie patrzył na wskaźniki wypłacalności poszczególnych banków” – powiedział.

Jacek Barszczewski

jba/

Państwo powinno być pierwszym nabywcą innowacji

ObserwatorFinansowy.pl: Projekt tzw. małej ustawy o innowacyjności jest już gotowy. Jakie są jego główne założenia?

Piotr Dardziński: Przewiduje m.in. zniesienie opodatkowania aportu własności intelektualnej i przemysłowej. Oznacza to, że akcje spółki otrzymane w zamian za własność intelektualną nie będą podlegały opodatkowaniu. Realizujemy w ten sposób najczęściej zgłaszany przez środowiska start-upowe postulat. Ponadto w projekcie jest podniesienie kwot maksymalnego odliczania kosztów kwalifikowanych, także wydatki na uzyskanie patentów staną się kosztami kwalifikowanymi. Wydłużony zostanie czas na odliczenie od podatku dochodowego wydatków na badania i rozwój. W pewnych sytuacjach możliwy będzie nawet zwrot wydatków na B+R w postaci gotówki.

>>czytaj także: Patenty – kwestia przydatności

Patrząc na tę listę, można odnieść wrażenie, że innowacji w Polsce jest teraz mało, bo nie są wystarczająco opłacalne.

Tak uważamy. Schemat innowacji jest zawsze taki sam: szansa na niepewne X kosztem Y, który trzeba pokryć z góry. Więc dążymy do zwiększania X i zmniejszania Y. Tak funkcjonują prawdziwe innowacje.

Prawdziwe innowacje?

Tak, bo są też nieprawdziwe. Kluczem do ich rozróżnienia jest to, czy ktoś rzeczywiście chce zaryzykować i stracić pieniądze. Celowo używam słowa „stracić”, by podkreślić, że nie mówię o wkładzie własnym na pozyskanie grantu, z którego potem będzie się dobrze żyło przez parę lat. Taką pseudoinnowacyjną działalność chcemy jak najbardziej ukrócić.

Jaki cel stawiacie sobie na następne 3,5 roku, jeśli chodzi o innowacyjność? Jarosław Gowin wspominał o awansie z czwartej do trzeciej dziesiątki globalnych innowatorów. Znów będziemy projektowali reformy pod awans w rankingu?

Nie. Awans w rankingu innowacyjności powinien być skutkiem, a nie celem i tak do tego będziemy podchodzili. Jeśli chodzi o wskaźniki, to dla nas istotne są wydatki na badania i rozwój, zwłaszcza wydatki sektora prywatnego.

Ten wskaźnik pokazuje jedynie nakłady, a nie efekty.

Zgadza się. I zawsze istnieje ryzyko, że zwykłe koszty będą kategoryzowane jako inwestycje w badania i rozwój. Bierzemy to pod uwagę. Większy strumień wydatków sektora prywatnego na B+R będzie jednak ważnym sygnałem: w końcu są projekty innowacyjne, które dobrze rokują biznesowo. Jeśli uda się połączyć prywatne finansowanie inwestycji z publicznym, to będzie to najlepszy wskaźnik sukcesu. Rynkowe finansowanie innowacji będzie świadczyło o ich wysokiej jakości.

To by znaczyło, że do tej pory nie było bardzo obiecujących polskich wynalazków. Nie zgadzam się z tym. Mój znajomy wynalazca ma patent na śrubę niskokawitacyjną, dzięki której statki będą zużywały mniej paliwa. Żaden z funduszy venture capital nie był zainteresowany wyłożeniem 30 tys. zł na optymalizację komputerową śruby. Pieniądze są konieczne już na tym etapie, bo naukowcy, którzy zarządzają publicznym majątkiem na politechnice i w instytucie badawczym, nie są zainteresowani inną współpracą niż w 100 proc. komercyjne zlecenie.

Dlaczego inwestorzy nie byli zainteresowani? Może projekt był słaby od strony biznesowej?

Być może, nie wiem. VC nie dają informacji zwrotnej, ale to nie znaczy, że nie mamy żadnych liczących się wynalazków, prawda?

Znam wiele podobnych przykładów i także uważam, że w Polsce rodzą się przełomowe wynalazki. Rozmawiałem niedawno z prof. Pawłem Moskalem, który na Uniwersytecie Jagiellońskim skonstruował tomograf. Jest to w 100 proc. polskie urządzenie, na które uzyskał 11 patentów. Było to możliwe dzięki 2 mln euro dotacji z NCBiR. Dzięki zastosowaniu tworzywa sztucznego zamiast drogich w hodowli kryształów tomograf ma kosztować 5 mln euro, a nie 15 mln jak u konkurencji. Na dodatek pozwala skanować o wiele szersze obiekty.

Udało się sprzedać wynalazek?

Nie, urządzenie jest na etapie prototypu. Potrzeba jeszcze 10 mln euro na badania kliniczne.

Pytanie, czy powinny być one nadal finansowane z kieszeni podatnika.

No właśnie – wydaje się, że to już jest komercyjnie obiecująca innowacja. Tu powinien się pojawić prywatny kapitał. Gdyby Ministerstwo Zdrowia kupiło dwa takie urządzenia, wystarczyłoby to, żeby inwestycja się zwróciła.

Dlaczego więc tak się nie dzieje?

Bo trudno jest wydać miliony z publicznych pieniędzy, gdy produkt, choćby najbardziej obiecujący, nie jest wcześniej dokładnie przetestowany. A to, z konieczności, trwa latami. Ten problem nie dotyczy jedynie sfery publicznej. Czasami słyszę z ust przedstawicieli dużych firm, zwłaszcza państwowych, że „bardzo chętnie zainwestują w innowacyjne rozwiązania, zwłaszcza jak będą dobrze sprawdzone i z gwarancją”. To jest wewnętrzna sprzeczność.

Jeśli chcemy mieć innowacje, to w wielu branżach konieczna jest aktywność państwa jako pierwszego kupca nowych rozwiązań. Dzięki temu innowatorzy mają pieniądze, żeby dalej rozwijać produkt. To jest lekcja, jaką można wyciągnąć z historii wielu rozwiniętych gospodarczo krajów. Prawie nigdzie na świecie nie udało się, żeby sektor prywatny sam finansował rozwiązania innowacyjne.

Zgoda, tyle że u nas instytucje państwa angażują się we wspieranie innowacji, a wciąż nie widać przełomu. Może źle lokują zainteresowanie?

Angażują się w finansowanie innowacji. My uważamy, że konieczne jest także, żeby były nabywcami innowacji. Postęp technologiczny to pompa ssąco-tłocząca. Do tej pory w Polsce funkcjonuje jedynie mechanizm tłoczący. Finansujemy ciekawe badania, ale za nimi nie idzie komercjalizacja. Albo sprzedajemy wyniki np. badań klinicznych za małe pieniądze zagranicznym koncernom.

Chcemy to zmienić, zmieniając oczekiwania wobec ludzi kierujących instytucjami publicznymi i firmami państwowymi. Jeśli menedżer musi szybko i bez potknięć rozwijać firmę, to każda kwota, która nie przyniosła zakładanego rezultatu, jest z tego punktu widzenia pieniądzem straconym. Thomas Edison patrzył na takie porażki inaczej: „nie, nie popełniłem błędu, po prostu zidentyfikowałem 10 tys. rozwiązań, które nie działają”. Dzięki takiemu podejściu został jednym z największych wynalazców i przedsiębiorców w historii. Uważamy, że takiego edisonowskiego podejścia jest za mało również w sektorze prywatnym.

Za mało? W prywatnych firmach, które są synonimem elastyczności?

Polskie firmy dają sobie radę w trudnych warunkach, ale zbyt często działają reaktywnie. Teraz jest czas, aby to zmienić. Założone na początku transformacji firmy właśnie dochodzą do wieku średniego. Ci, którzy odnieśli sukces, spełnili już swoje potrzeby materialne, mają ten umowny dom z basenem i dobry samochód. Polscy przedsiębiorcy odnosili jednak swoje sukcesy w rolach i branżach odtwórczych. Pora na sukcesy kreatywne, w rolach i branżach twórczych, pora na innowacje.

Trudno jest mi wyobrazić sobie taką zmianę strategii, chyba że wynalazca byłby dobrym znajomym przedsiębiorcy. Kto wyłoży prywatne środki, wiedząc, że ryzyko porażki jest duże?

No właśnie. Bardzo ważną rolę w ekosystemie innowacji odrywają pośrednicy, którzy pomagają się spotkać i dogadać twórcom, inwestorom i nabywcom nowych technologii. Wynalazcy to ekscentryczni uczeni lub genialni samoucy, którzy na znają języka pieniądza, którym posługują się inwestorzy. Jeszcze inne oczekiwania mają nabywcy, zwłaszcza z dużego biznesu. Ci ludzie naprawdę pochodzą z różnych światów i bez pewnego rodzaju tłumacza mają mniejsze szanse, żeby osiągnąć sukces. Potrzeba miejsca i ludzi, którzy pomogą im się spotkać.

Jakaś nowa instytucja?

Z tym byłbym ostrożny. W wielu innowacyjnych krajach istnieją instytucje, które pełnią rolę rozsadników innowacji. Najbardziej znanym przykładem jest oczywiście DARPA. W Polsce udanych inicjatyw nie zaczyna się jednak od założenia instytucji. Zwłaszcza w tak delikatnej materii jak innowacje.

Co Pan przez to rozumie?

Innowacje nie są czymś naturalnym w gospodarce. Może to paradoksalne, ale tak właśnie jest.

Bo z definicji innowator nie ma równych sobie?

No właśnie, innowator nie ma żadnych sojuszników. Ma za to mnóstwo wrogów. Koledzy z branży mają ocenić jego wynalazek. Ci, którzy nie dokonali przełomu, mają ocenić kogoś, komu się to udało. Innowacyjny sektor gospodarki jeszcze nie istnieje, a nieinnowacyjny zatrudnia tysiące ludzi, ma środki, żeby bronić się przed zagrożeniem ze strony „nowych” – np. lobbując za chroniącymi go regulacjami. Dlatego stworzenie instytucji wspierającej innowatorów jest takie trudne.

Na szczęście jest coraz więcej pośredników, którzy spełniają podobną rolę. Brokerzy technologii z obu stron przebijają mury między wynalazcami a inwestorami, żeby takie pomysły jak innowacyjna śruba okrętowa nie zostały w szufladach. Dla wynalazków opracowanych na uczelniach tę rolę pełnią centra transferu technologii (CTT). Te instytucje są kluczem do sukcesu polityki proinnowacyjnej.

Dlaczego do tej pory trudno zauważyć efekty ich działań?

CTT utrzymywały się z grantów na różnego typu projekty wsparcia czy mentoringu. Kiedy kończył się grant, pracownicy odchodzili na rynek, zabierając ze sobą nabyte kompetencje, a cykl zaczynał się od początku. Są to jednak dobrze pomyślane instytucje. Znajdują się na tyle blisko uczelni, że znają panujące tam zwyczaje i mogą śledzić prace naukowców. Jednocześnie są z boku, dzięki czemu mogą się rządzić własnymi prawami.

Co zamierzacie z tym zrobić?

Po pierwsze chcemy, żeby pracownicy CTT mieli minimalne gwarantowane wynagrodzenie w ramach dotacji dla szkół wyższych. Po drugie część – około 5 proc. – grantów, jakie otrzymują na badania naukowcy na uczelni, ma być z góry przeznaczona dla CTT. W ten sposób będą one od początku uczestniczyć w projekcie i motywować naukowców, żeby uzyskać możliwy do skomercjalizowania rezultat. Niestety, wnioskodawcy traktują często granty jak finansowanie projektów typu „sztuka dla sztuki”.

Po trzecie wreszcie, wynagrodzenie motywacyjne na zasadzie „ministerstwo daje złotówkę na każdą złotówkę pozyskaną przez komercjalizację”.

Będzie reforma szkolnictwa wyższego?

Mam nadzieję, że przed końcem tej kadencji nowa ustawa o szkolnictwie wyższym zostanie uchwalona i wejdzie w życie. Jej zakres ma obejmować także obecną ustawę o stopniach naukowych. Dzięki niej przed uczonymi zostaną otwarte trzy ścieżki kariery. Po pierwsze ścieżka dydaktyczna, po drugie naukowa, a po trzecie wdrożeniowa.

Koniec z zasadą „publikuj albo giń”, która z Zachodu przenika do Polski?

Tak, jeśli ktoś jest wybitnym dydaktykiem, to niech uczy. Nie ma sensu zmuszać nauczycieli, najczęściej niemających na koncie znaczącego odkrycia, do pisania artykułów naukowych tylko po to, aby mogli uzyskać stopień naukowy.

Ludzie, którzy niczego nie odkrywają, mają dostawać stopnie naukowe?

Tak, bo przekazywanie wiedzy jest podstawowym zadaniem szkolnictwa wyższego. Chcemy dowartościować dydaktykę, bo na tym etapie uruchamia się cały mechanizm innowacyjny. Podam przykład. Gdy studenci przychodzą na zajęcia prof. Tadeusza Uhla z AGH, on tworzy z nich zespół projektowy. Celem zespołu jest zwycięstwo w międzynarodowym konkursie na bezzałogowy samolot, a ocena jest uzależniona od wyniku uzyskanego w konkursie. Studenci sami konstruują samolot, ale w tym celu najpierw muszą przestudiować wszystkie dziedziny wiedzy, które normalnie przerabia się na zajęciach – aerodynamikę, energię, materiały. Tryb projektowy i konkurencja sprawiają, że studenci mają większą motywację do nauki. Mają powód do dumy, gdy odniosą sukces. Niestety podejście prof. Uhla cały czas nie jest standardem.

Skąd pomysł, żeby wdrożeniami zajmowali się pracownicy szkół wyższych? To jest przecież zadanie dla przedsiębiorców i firm…

Uważamy, że jeśli ktoś chce zmieniać świat jako konstruktor, to mury uniwersytetu powinny być dla niego otwarte.

Dlaczego Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego rozpisało konkurs na projekt nowej ustawy o szkolnictwie wyższym?

Moglibyśmy napisać projekt sami, w ministerstwie, ale zależy nam, żeby środowisko naukowe naprawdę było jego twórcą. Dlatego wybierzemy trzy zespoły badawcze i damy im wolną rękę w przygotowaniu projektów. Ten tryb pracy na pewno pochłonie więcej czasu, ale uważamy, że warto dokonać takiej inwestycji.

Minister Gowin zapowiada odbiurokratyzowanie nauki i szkolnictwa wyższego. Jak zamierzacie to zrobić?

Przygotowaliśmy bardzo prosty formularz, w którym każdy – od przechodnia, przez studenta po profesora – może zgłosić niepotrzebnie lub wadliwie działające przepisy. Minister Gowin zapowiedział, że będzie nas rozliczał z liczby zlikwidowanych przepisów. Nowa ustawa o szkolnictwie wyższym ma być o wiele prostsza i krótsza niż obecna. Będziemy ograniczać liczbę rozporządzeń i obowiązków informacyjnych, np. instytuty badawcze będą składały sprawozdania co pół roku, a nie co kwartał.

Do tej pory podobne metody prowadziły co najwyżej do punktowych zmian, lecz nie przyniosły odczuwalnej poprawy. Upraszczanie jest bardzo trudne… Zarządzenie, by ograniczać liczbę przepisów, niewiele różni się od innych zarządzeń. Może rzeczywiście tego folwarku nie można odbiurokratyzować? Może trzeba się skupić na zlikwidowaniu w polskiej nauce feudalnych stosunków, a wtedy problem biurokracji rozwiąże się sam?

Wielu polityków mówiło o potrzebie odbiurokratyzowania gospodarki. Mówili i na tym się kończyło. Inni mówili, że deregulacja nie jest możliwa. My pokazaliśmy, że jest. Naukę i szkolnictwo wyższe odbiurokratyzujemy…

Tak samo, jak zderegulowaliście niektóre zawody?

Tak samo, jak zderegulowaliśmy niektóre zawody.

Rozmawiał Krzysztof Nędzyński

Dr Piotr Dardziński jest wiceministrem nauki i szkolnictwa wyższego, w latach 2011–2013 był szefem gabinetu politycznego Jarosław Gowina w Ministerstwie Sprawiedliwości.